poniedziałek, 14 października 2013

Niall. 2

Dzień dobry!
Dzisiaj poniedziałek, Dzień Nauczyciela, 14 października 2013 roku. Jestem sobie chora, mam zdarte gardło, więc.. Piszę.
KLIK.♥


Niall:

- Poczekaj! - krzyknąłem. - Zostawiłaś coś!

   W ręce trzymałem pęk kluczy, które wypadły jej z ręki gdy zaczęła biec. Dlaczego uciekała? Bała się mnie? A może bała się Harry'ego? Przestraszyliśmy ją?
   Nie zastanawiając się długo, zacząłem biec za nią. Musiałem się strasznie wysilić, żeby nie zgubić jej w tłumie ludzi. Uroki Londynu...
   Jej ciemne włosy mignęły mi przed oczami. Wybiegła na ulicę? Co ona robi, chce się zabić?!
   Pobiegłem za nią i zacząłem krzyczeć żeby uważała, żeby wróciła na chodnik, ale ona mnie nie słyszała. A może tylko udawała że nie słyszy?
   Zanim zdążyłem do niej podbiec i ją zatrzymać, usłyszałem trzask, krzyk i charakterystyczny gruchot łamanych kości. Spojrzałem na ulicę. Leżała na niej chuda, czarnowłosa dziewczyna, przygnieciona kołami ciężarówki.
   O mój Boże.
   To nie może być ona.
   To nie może być...
   To ona.

   Wyciągnąłem z kieszeni telefon i drżącymi palcami wstukałem numer na pogotowie. Jeden sygnał... Drugi... Trzeci... Cholera jasna, czy oni nie mogą odbierać szybciej?

- Pogotowie ratunkowe, tak, słucham?
- Zdarzył się wypadek - wydukałem. - Dziewczynę przejechała ciężarówka. Jest ciężko ranna, chyba nie przytomna.
- Proszę sprawdzić czy oddycha.

   Zacząłem się przepychać przez tłum gapiów, próbując jak najszybciej dostać się do drobnego ciała dziewczyny.

- Odsuńcie się! - wrzasnąłem. - To nie jakiś cyrk, nie ma tu nic ciekawego do oglądania!

   Mimo wszystko, ludzie nadal stali jak krowy i gapili się na nieprzytomną dziewczynę.

- Jesteście głusi, czy co?! Odsunąć się! - usłyszałem za sobą krzyk Harry'ego.
- Dzięki - szepnąłem.

   Chłopak skinął głową i zaczął torować mi drogę przez tłum. Jeszcze tylko kilka metrów i będę przy niej. Pomogę jej.

- Proszę pana? - usłyszałem głos kobiety w słuchawce. - Oddycha?
- Już sprawdzam - sapnąłem i podszedłem do dziewczyny.

   Położyłem głowę na jej klatce piersiowej, jednocześnie patrząc na jej twarz. Tak bardzo chciałem usłyszeć jej miarowy, spokojny oddech... Ale nie usłyszałem nic.

- Nie oddycha - szepnąłem do słuchawki.
- Potrafi pan udzielać pierwszej pomocy panie...
- Horan - odparłem.
- Horan?
- Tak - potwierdziłem.
- Proszę podać mi adres.
- To jest... Inglebert Street 208 - wydukałem.
- Postaramy się przyjechać jak najwcześniej - odparła kobieta i rozłączyła się.

   Nigdy w życiu tak się nie bałem. Nigdy.
   Minuty zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Uparcie próbowałem reanimować dziewczynę, starając się ze wszystkich sił. Na marne.

- Błagam, oddychaj - szlochałem jej do ucha.

   Tłum ludzi patrzył na mnie zafascynowany. Niektórzy byli aż tacy durni, że wyjęli telefony i zaczęli robić mi zdjęcia. Normalnie pewnie bym na nich nakrzyczał i kazał im sobie pójść... Ale teraz cieszyłem się z tego, że przynajmniej mi nie przeszkadzają.

- Jak z nią, Horan? - spytał Harry, klękając obok mnie na ziemi.
- Bez zmian - wydukałem, miarowo naciskając rękami na klatkę piersiową dziewczyny.
- Karetka już jedzie - powiedział, a jego słowa potwierdziło wycie syreny gdzieś w oddali. - Ona przeżyje, prawda?
- Musi przeżyć...


   Karetka przyjechała i zatrzymała się na ulicy. Zaraz za nią stanął radiowóz policyjny. Ze środka wysypali się sanitariusze, niosący w rękach rozkładane nosze. Podbiegli do dziewczyny i szybko sprawdzili jej puls. Potem zaczęli szeptać coś między sobą, odpychając mnie od niej.

- Bierzemy ją do szpitala - powiedział jeden z ratowników. - Póki jeszcze nie jest za późno.

   Za późno? To znaczy że ona umiera?

- Mogę jechać z wami? - spytałem.
- Myślę że najpierw policjanci będą chcieli panu zadać kilka pytań - próbował mnie zbyć.
- To może poczekać. Naprawdę chciałbym być teraz z nią.
- Kim pan jest dla poszkodowanej?
- Jestem jej chłopakiem - skłamałem. - Właściwie narzeczonym.

   Harry spojrzał na mnie zdziwiony, ale nie odezwał się ani słowem i chwała mu za to. Ratownicy wymienili między sobą kilka zdań, po czym zwrócili się do mnie.

- Skoro tak, może pan jechać z nami. Jak się nazywa poszkodowana? - spytali.

   O cholera... Wpadłem. Myśl Horan, myśl... Harry zaczął chichotać, przez co nie mogłem się skupić nawet na wymyśleniu jakiejś sensownej odpowiedzi.

- [T.I.] [T.N.] - wypaliłem. Było to jedyne imię które do niej pasowało i jakiś dziwny głos w mojej głowie podpowiadał mi że się nie mylę.
- Dobrze. Dobrze, dobrze - mruknął ratownik i zaczął zapisywać coś w notatniku, podczas gdy dwóch innych zanosiło nosze z [T.I.] do karetki. - Proszę wsiadać - polecił, po czym sam ruszył w stronę ambulansu.

[T.I.]

   Dzisiaj ciemność miała kolor mocnej kawy i cuchnęła szpitalem. Poza tym było w niej duszno i nieprzyjemnie. Mokre ubrania przylepiły mi się do skóry, skołtunione włosy opadały mi na ramiona, sprawiając że było mi jeszcze goręcej. Nie chciałam być w tej ciemności, ale nie potrafiłam z niej wyjść.
   Po chwili zobaczyłam światełko, które było jaśniejsze niż przedtem. Cieplejsze. Bardziej bezpieczne.
   Kiedy zaczęłam iść w jego stronę, nie uciekało, tylko przybliżało się do mnie, tak jakby chciało się ze mną spotkać. Tak jakby czekało na mnie.

- Jak się nazywasz? - spytałam światełka, które było już na wyciągnięcie ręki.
- Niall - odpowiedziało i zamigotało. - A ty?
- Jestem [T.I.], ale możesz nazywać mnie Klementyna.
- Klementyna? - zaśmiało się światełko ukazując proste białe zęby.
- Od kiedy światełka mają zęby? - zmieniłam temat, wyciągając do niego rękę.

   Chciałam dotknąć światełka, ale bałam się że zniknie. Jednak pragnienie było silniejsze ode mnie. Myślałam, ba, byłam przekonana, że moja ręka natrafi na próżnię. Ale nie. Moje palce dotknęły czegoś ciepłego, trochę szorstkiego i okrągłego.

- Nie jestem światełkiem - zaśmiało się światełko. A może jednak nie-światełko? - Sama zobacz.

   Niechętnie rozchyliłam powieki, najpierw jedną, potem drugą. Zobaczyłam że nade mną pochyla się ten chłopak od pączka. Niall. Trzymałam go za policzek. Zrobiło mi się głupio, gdy pomyślałam o tym jakie brednie mogłam do niego mówić przez sen...
   Zaraz... Gdzie jestem?

- Jesteś w szpitalu - Niall odpowiedział na moje niezadane pytanie. - Masz połamane żebra, lewą nogę i pęknięty lewy nadgarstek, oprócz tego dość porządny wstrząs mózgu i rozciętą głowę... Ale żyjesz - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Żyję - powtórzyłam. - I całe szczęście. Nie wybaczyłabym sobie gdybym przegapiła sobotni odcinek Simpsonów.

   Niall zarechotał i delikatnie ścisnął moją dłoń, która nadal spoczywała na jego policzku.

- Chyba już dochodzisz do siebie.
- Możliwe - odparłam. - Jestem głodna.
- Zawołać kogoś? - spytał. Chciałam pokiwać głową, ale gdy tylko nieznacznie nią poruszyłam, poczułam tępy ból w czaszce.
- Tak, poproszę - uśmiechnęłam się niemrawo. Niall wyszedł na korytarz, krzyknął coś, po czym wrócił i usiadł z powrotem na swoim miejscu: na krześle, zaraz przy moim łóżku. - Dlaczego tu ze mną siedzisz? Przecież cię nie znam. I ty też mnie nie znasz.
- Ja... - zająknął się i podrapał po głowie. Wyglądał uroczo gdy tak robił. - Nie wiem. Po prostu chciałem, okej?
- Okej... - mruknęłam, chociaż jego odpowiedź nie zaspokoiła mojej ciekawości.
- Co ci się śniło? - spytał, zmieniając temat.
- Nic takiego. Po prostu ciemność i światło. To co zawsze.
- I ja byłem światełkiem? - zaśmiał się.

   Zmarszczyłam czoło. To nie było śmieszne. To było... krępujące. Niall widząc moją minę zamilkł.

- Przepraszam. To nie jest dobra pora na żarty, ale stwierdziłem że skoro ty...
- Jest w porządku - odparłam. - Kiedy wrócę do domu?
- Myślę że za jakieś dwa tygodnie, nie wiem dokładnie - mruknął.

   Uśmiechnęłam się i złapałam go za dłoń.

- Będziesz tu ze mną siedział? - spytałam. - Tak długo aż stąd wyjdę?

   Cisza.

- Cholera, to było głupie. Nie znamy się, wiem. Nie musisz nic dla mnie robić, przepraszam za to pytanie. Zapomnij o tym, o nic nie pytałam - pisnęłam.
- Będę - powiedział krótko i ścisnął moją dłoń.

A.♥

niedziela, 13 października 2013

Niall. 1

Mój tato powiedział mi kiedyś, że jeśli coś naprawdę kochasz, to nigdy nie przestajesz tego robić. Nie przejmujesz się opinią innych, ani tym że ci to nie wychodzi.
No więc... Piszę.
KLIK.♥


   Było ciemno. To była najciemniejsza ciemność jaką w życiu widziałam. Czarna jak smoła. Nieprzenikniona. Czyżby?
   Gdzieś na końcu korytarza migotało małe, słabe światełko. Swoim ciepłym blaskiem mówiło: chodź do mnie, tutaj będziesz bezpieczna. Zaufałam mu, bo wydawało się być takie niewinne. Takie dobre. Myślałam że mnie uratuje.
   Zaczęłam iść w jego stronę, uważając by nie stracić równowagi. Powolutku, krok za krokiem zbliżałam się do mojego wymarzonego Edenu. Jeszcze tylko trochę. Kilka metrów.
   Mimo że cały czas szłam w stronę światełka, ono uciekało przede mną i nadal było tylko czymś nierzeczywistym, jakąś pomyłką, błędem. A przecież tak bardzo je kochałam.

- Światełko - wyszeptałam. - Chodź do mnie, proszę. Nie zrobię ci krzywdy.
- To ja mogę zrobić ci krzywdę - odpowiedziało światełko i uciekło wgłąb ciemności.
- Ty? - zdziwiłam się. - Przecież jesteś takie ciepłe, miłe i bezpieczne.
- Nic nie jest tym, na co wygląda.
- Nie jesteś światełkiem?
- Jestem. Rzecz w tym, że nie takim, jakim chciałabyś żebym był - tym razem zamiast melodyjnego głosu światełka usłyszałam chrapliwy, niski rechot.

   Przestraszyłam się. Stanęłam w miejscu, nadal patrząc na światełko, które świeciło coraz słabiej.

- Nie odchodź - poprosiłam, wyciągając do niego rękę. - Boję się ciemności.
- Nie boisz się ciemności. Boisz się jedynie braku światła.

***

   Obudziłam się zlana potem. Miejsce obok mnie jak zwykle było puste. Nie wiem czy kiedykolwiek zdołam się do tego przyzwyczaić.
   To takie dziwne. Przez ponad pół roku marzyć o tym, że na miejscu obok ciebie pojawi się ktoś kogo kochasz i z kim chcesz spędzić resztę swojego życia. Przez kolejne pół roku niedowierzać, że ten ktoś naprawdę leży obok ciebie. Przez kolejne pół mieć pewność że tak będzie już zawsze. A potem nagle coś przychodzi, zabiera ci go i sprawia że znowu musisz się przyzwyczaić do tego że go nie ma.

- Nienawidzę zmian - szepnęłam do siebie.

   Włączyłam lampkę nocną i rozejrzałam się po pokoju. Wyglądał zupełnie tak jak zazwyczaj: jasnozielone ściany, brązowe meble, duże okno, ściana oklejona ulubionymi zdjęciami i cytatami. Odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam na nasze wspólne zdjęcie. Byliśmy na nim tacy szczęśliwi, uśmiechnięci od ucha do ucha, nieświadomi tego, co mogłoby się stać. Nieświadomi tego co się stanie. Tego co JUŻ się STAŁO.
   Kosmyk włosów opadł mi na czoło. Podniosłam rękę do góry by odgarnąć go za ucho i wtedy poczułam jak coś ciepłego i klejącego spływa po moim przedramieniu. Krew.

- Cholera.

   Myślałam że te rany już się wyleczyły. Spojrzałam na nie i jęknęłam. Przypominały mi o tobie. Niezdarnie zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na swoją wychudzoną twarz. Nie wyglądałam zdrowo. Zdecydowanie powinnam więcej jeść.
   Jedzenie. Na tą myśl mój żołądek skurczył się boleśnie.
   Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i zaczęłam powoli przemywać rany, zmywać zaschniętą krew z przedramienia i dłoni. Nie bolało, ale samo patrzenie na to sprawiało mi ból, chyba nawet bardziej psychiczny niż fizyczny.
   Dlaczego nie może cię tutaj być? Dlaczego nie możesz mnie przytulić i powiedzieć że mnie kochasz? Pomyślmy.. dlatego że ciebie już nie ma?
   Wyszłam z łazienki i spojrzałam na zegarek wiszący w korytarzu. Wskazywał 17:44. Przez moment faktycznie mu wierzyłam, dopóki nie przypomniałam sobie że nie działa od jakichś pięciu miesięcy. Odkąd ciebie nie ma.
   Wróciłam do pokoju. Według mojego telefonu było już wpół do siódmej. Czas wstawać. Najwyższy czas.
   Stanęłam przed szafą i wyciągnęłam z niej kilka przypadkowych rzeczy. Czarne legginsy, długa czarna bluzka, jeansowa koszula. Wciągnęłam na siebie ubrania i przejrzałam się w lustrze. Nie podobało mi się to co widziałam. Zbyt wystające kości biodrowe, policzkowe i obojczykowe, trupio blada skóra, podkrążone oczy. Jak zombie.
   Po raz kolejny wyszłam z pokoju, ale tym razem skierowałam się do kuchni w której śmierdziało przeterminowaną żywnością. W zlewie piętrzyły się stosy niepozmywanych naczyń, po blatach chodziły karaluchy. To wszystko wyglądało... Okropnie.
   Wśród brudnych naczyń znalazłam jedną względnie czystą szklankę. Nalałam do niej wody i szybko wypiłam, starając się nie myśleć o tym co mogło po niej chodzić.
   Jednak nawet woda nie była w stanie zaspokoić mojego głodu. Ostrożnie podeszłam do lodówki i uchyliłam drzwiczki. W środku znajdowało się kilka zepsutych jajek, butelka przeterminowanego mleka i coś, co pewnie kiedyś było pomidorem.

- Trzeba zrobić zakupy - mruknęłam. Ostatnio często rozmawiam sama ze sobą.

   Ze stosu ubrań znajdującego się na stole w "salonie" wyciągnęłam portfel. Zajrzałam do środka i omal nie zaczęłam tańczyć z radości gdy znalazłam w środku baknot dziesięciofuntowy. Szybko wciągnęłam na siebie wytartą wojskową kurtkę i tenisówki i wyszłam na dwór.
   Do sklepu nie było daleko. Wystarczyło przejść przez kilka przecznic i kawałek parku i już było się na miejscu. Szłam sobie spokojnie przez miasto, próbując ignorować ciekawskie spojrzenia ludzi. Nie potrzebowałam litości. Potrzebowałam jedzenia.

- Przepraszam... - usłyszałam nieśmiały męski głos.

   Odwróciłam się i zobaczyłam niewysokiego niebieskookiego blondyna, trzymającego w ręce pudełko pączków i kubek kawy ze Starbucksa. Kiedyś też kupowałam tam kawę. Ale to było zbyt dawno bym mogła jeszcze pamiętać jej smak.

- Tak? - spytałam.
- Nie widziałaś może wysokiego chłopaka z kręconymi brązowymi włosami? Był ubrany w czerwoną koszulę w krat...
- Nie - odparłam i ruszyłam dalej przed siebie.
- Poczekaj! - usłyszałam krzyk blondyna. - A trochę niższego bruneta z wytatuowanym jeleniem też nie widziałaś?
- Nie.
- A chłopaka z papierosem w czarnej skórzanej kurtce?
- Nikogo nie widziałam - burknęłam. - Nawet jeśli, to nie zwróciłam na nich uwagi.
- Okej... Dobra.. Już ci nie przeszkadzam - mruknął. Zrobiło mi się głupio, że go tak potraktowałam.
- Przepraszam - szepnęłam. - Jestem głodna i nie wiem co ze sobą zrobić.
- Głodna? - spytał. Skinęłam głową.

   Chłopak uśmiechnął się i wyjął z pudełka jednego pączka, oblanego pysznie wyglądającą czekoladą i posypanego kolorową posypką.

- Proszę, trzymaj - uśmiechnął się i wyciągnął rękę z pączkiem w moją stronę.

   A ja stałam i patrzyłam na niego jak zaczarowana. Kim on jest? Spotyka zupełnie obcą mu osobę na ulicy, która w dodatku jest dla niego niemiła, a gdy mówi że jest głodna, to tak po prostu daje jej pączka?

- Jesteś nienormalny - stwierdziłam.
- A ty bardzo miła - obruszył się, ale nie cofnął ręki, a z jego twarzy nie zniknął uśmiech. - Masz, zjedz. Jesteś strasznie wychudzona.
- Wiem - odparłam i wzięłam od niego pączka. - Dlaczego mi go dałeś? - spytałam.
- Dlatego że ty potrzebowałaś go bardziej niż ja.

   Te słowa w jego ustach brzmiały tak szczerze... Uśmiechnęłam się i delikatnie polizałam językiem czekoladę na wierzchu wypieku.

- Dziękuję - wyszeptałam.
- Nie ma za co - odparł chłopak.

   Staliśmy przez chwilę patrząc na siebie i nic nie mówiąc.

- O Niall, tu jesteś! Szukaliśmy cię! - krzyknął chłopak w loczkach, o którego wcześniej pytał blondyn.
- Hej Harry - odparł Niall. - Coś mnie zatrzymało.
- Chyba ktoś - poprawił go Harry. - Jak się nazywa? - zapytał, ale nie zdążyłam odpowiedzieć.

   Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam biegiem stronę domu, byleby znaleźć się jak najdalej blondyna i jego kolegi.

- Poaczekaj! - usłyszałam krzyk Nialla. - Zostawiłaś coś!

   Ale ja już go nie słuchałam. Biegłam dalej przed siebie. Nie chciałam tam dalej być. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Nie. Nie. Nie.
   Biegłam przez ulicę, mijając stojące na niej auta, próbując jakoś unikać tych jadących. Do domu już niedaleko. Jeszcze tylko kilka kroków.
   Byłam taka słaba. Wszystko mnie bolało. Dostałam zadyszki. W pewnym momencie poczułam gwałtowne szarpnięcie do tyłu i tępy ból w czaszce. Przed oczami mignęły mi światła samochodu, a potem była ciemność.
   Oddychaj [T.I.]. Oddychaj. Wdech, wydech. No dalej, robiłaś to od urodzenia. Teraz też dasz radę. To nie takie trudne. Wdech. Wydech.
   Nie dam rady.

A.♥

poniedziałek, 7 października 2013

Zayn. ♥ 3

Hejka hej. :*
Dzisiaj PONIEDZIAŁEK, dzień samobójców. I czuję się naprawdę fatalnie, nie wiem dlaczego. Mimo wszystko mam dla Was tą 3 część i przepraszam że robiłam Wam taką nadzieję na scenę +18, której ostatecznie nie napisałam, może napiszę w 4 części, nie wiem. Oprócz tego, szykuję dla Was małą niespodziankę, mam nadzieję że Wam się spodoba. :*
+ dzięki za motywację W. A. M. :*
Soudtrack do wyboru:
Over Again
Heart Attack
Change My Mind


   Pozostałe lekcje okropnie mi się dłużyły. Cały czas myślałam o Zaynie i o tym wszystkim co moglibyśmy robić w jego gabinecie. Sami.
   Cholera jasna, ogarnij się [T.I.]!

- Widzę, że panna [T.N.] zupełnie nie wie o czym rozmawiamy, dlatego jestem zmuszony postawić ci ocenę niedostateczną - usłyszałam sarkastyczny ton naszego nauczyciela angielskiego.
- Przepraszam - wybąkałam i spuściłam głowę.
- Trzeba było uważać, młoda damo.

   "Młoda damo"? Naprawdę?
   Z utęsknieniem spojrzałam na zegar wiszący nad głową nauczyciela. Z moich obliczeń wynikało, że do dzwonka zostało niecałe pięć minut.

- Tak, tak, tak! - szepnęłam i zaczęłam się kręcić na krześle. Hayley siedząca obok mnie posłała mi rozbawione spojrzenie.

   Zbyłam ją i jeszcze raz wlepiłam wzrok w zegar.
   Tik. Tak.
   Tak bardzo cieszyłam się na spotkanie z Zaynem, jednocześnie cholernie się go obawiając.

Zayn:

   Trzy minuty po dzwonku drzwi do mojej klasy otworzyły się i stanęła w nich [T.I.]. Była taka idealna. Taka piękna. Taka cudowna. Uśmiechnęła się na mój widok.

- Hej - szepnęła cicho i podeszła do mojego biurka, stawiając na nim swoją torbę.
- Cześć - odpowiedziałem i odwzajemniłem uśmiech.
- Po co miałam przyjść?
- Chciałem.. pogadać.

   Gdy [T.I.] usłyszała te słowa, zaczęła niecierpliwie tupać nogą.

- O czym? - spytała i popatrzyła na mnie wyczekująco.
- O nas - wyszeptałem.

   [T.I.] przycupnęła na ławce z rękami skrzyżowanymi na piersi i pokiwała głową. Bałem się jej odpowiedzi. Wiem, że nie znamy się długo, że ja jestem jej nauczycielem, że mogę dla niej nic nie znaczyć, ale mimo tego miałem malutką nadzieję, że może jednak mnie nie odtrąci. Że może będzie chciała ze mną być.

- Myślałam że zwabiłeś mnie tu po to żeby się ze mną pieprzyć - powiedziała w końcu. Taki dobór słów nie pasował do wrażliwej i poukładanej [T.I.] jaką znałem. A może po prostu wymyśliłem.
- Chciałbym się z tobą pieprzyć - odpowiedziałem i mrugnąłem do niej. - Ale tylko jeśli ty też będziesz tego chciała.
- Tylko że ja tego chyba chcę - szepnęła i popatrzyła na mnie.

   Cóż.. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Znamy się zaledwie od... tygodnia? Nawet jak dla mnie to trochę za szybko.

- Aha - wydukałem. Zazwyczaj w takich sytuacjach to dziewczyny były zakłopotane, nie ja.
- Ale boję się, wiesz? - szepnęła. - Boję się że po prostu mnie wykorzystasz. Pomyślałam sobie, że może to wszystko to po prostu jedna wielka gra. Chcesz rozkochać mnie w sobie, przelecieć, a potem zostawić, w międzyczasie kompletnie niszcząc mi życie.
- Nigdy bym...
- ... tego nie zrobił? - dokończyła za mnie. Przytaknąłem.
- Posłuchaj [T.I.], nie jestem taki, że rozkochuję w sobie byle kogo. Może kiedyś tak było, kiedyś byłem z kobietami tylko dla "przyjemności" - nakreśliłem palcami cudzysłów. - Tylko po prostu jak zobaczyłem ciebie... Pomyślałem sobie, że to wszystko nie miało sensu. Że ja chciałbym być z tobą.
- Mam nadzieję że zdajesz sobie sprawę z tego, jak idiotycznie to brzmi.

   Zabolało. Pierwszy raz przed kimkolwiek się otworzyłem i pierwszy raz zostałem tak potraktowany.

- Po co kazałeś mi zerwać z Dylanem? Dlaczego wmawiałeś mi że jest niebezpieczny?
- Dlaczego zadajesz tak dużo pytań?! - krzyknąłem, łapiąc się za głowę.
- Bo chcę wiedzieć na czym stoję - powiedziała zaskakująco spokojnie.
- Okej - wyszeptałem. - Okej. Przed chwilą powiedziałem ci dokładnie to, co naprawdę czuję. To ci nie wystarcza? - spojrzałem na nią z nadzieją.

   Nie odpowiedziała, tylko stanęła naprzeciwko mnie i delikatnie chwyciła mnie za dłoń. Jej ręce były zimne i dziwnie kontrastowały z moim rozgrzanym ciałem. Uśmiechnąłem się i spojrzałem jej w oczy. Jak mogła pomyśleć, że chciałbym ją wykorzystać?

- Wiesz, że nie możemy być razem, prawda?
- Wiem... - odparłem. - Ale jak będziemy chcieli, to damy radę.
- Jeśli ktokolwiek się dowie, będziemy oboje mieli przechlapane - mówiła dalej. - Nie żartuję. Poza tym, praktycznie się nie znamy i nie wiem czy jest jakikolwiek sens ryzykować tak wiele, kiedy nic o sobie nie wiemy.
- Proszę, pozwól mi chociaż spróbować - jęknąłem i mocniej ścisnąłem jej dłoń.
- Boję się - odparła.
- Wiem.. Rozumiem.. Ale daj mi jedną szansę. Daj mi się poznać. Daj mi się pokochać.
- Zayn... ja... - zająknęła się i oparła głowę na moim ramieniu. - Nie wiem. Możemy spróbować. Ale jeśli coś pójdzie nie tak, proszę, nie miej mi tego za złe. Nadal staram się unikać Dylana.
- Zerwij z nim.
- Tak jakby to było takie łatwe - prychnęła i odsunęła się ode mnie. - Tylko proszę, nie zrób mi krzywdy, dobrze?
- Dobrze - szepnąłem i przyłożyłem usta do jej skroni. - Teraz cię pocałuję, zgadzasz się?

   [T.I.] kiwnęła głową. Pochyliłem się i delikatnie musnąłem ustami jej wargi, próbując zrobić to najlepiej jak potrafiłem. Przeczesałem palcami jej długie, błyszczące włosy, a potem niechętnie rozłączyłem nasze wargi.

- Damy radę? - spytała, zabierając swoją torbę z mojego biurka.
- Na pewno - uśmiechnąłem się. - Nie mamy innego wyjścia.

A.♥

sobota, 5 października 2013

Zayn. ♥ 2

Hej.
Nie wiem jak tego dokonałam, ale wreszcie udało mi się napisać drugą część i... UWAGA, BĘDZIE TEŻ TRZECIA Z WYMARZONĄ PRZEZ 80% OSÓB KOMENTUJĄCYCH TEGO BLOGA, SCENĄ +18 <OKLASKI>
Naprawdę, okropnie przepraszam że musieliście na to czekać ponad miesiąc (!). Ja po prostu nie wiem jak to się stało, że w ogóle nie potrafiłam niczego napisać. Dlatego właśnie ta część wygląda tak jak wygląda i nie mogę powiedzieć że jestem z tego powodu zadowolona.
Mimo wszystko, jestem, dodaję, kocham Was całym serduszkiem. ♥
KLIK.♥


   "Mów mi Zayn"? Czy on sobie żartuje? Przecież to mój nauczyciel i nie mam z nim nic wspólnego. I nie chcę mieć. Mimo wszystko zaczęłam się zastanawiać nad jego słowami. O co mu mogło chodzić z tym że Dylan nie jest dla mnie odpowiedni? Że mnie skrzywdzi?
   Przez cały dzień się nad tym zastanawiałam. Z powodu kilku słów wypowiedzianych przez mojego NAUCZYCIELA, nie potrafiłam się na niczym skupić. W mojej głowie cały czas rozbrzmiewały jego dziwne słowa. "Zerwij z Dylanem. To nie jest chłopak dla ciebie."... Co miał na myśli, mówiąc że Dylan nie jest dla mnie? Że to ja nie zasługuję na niego, czy raczej on na mnie?

- [T.I.]... - usłyszałam niepewny głos mojej mamy. - Co się dzieje? - spytała zatroskana, patrząc na mnie swoimi głębokimi zielonymi oczami, których oczywiście nie miałam prawa po niej odziedziczyć.
- Nic.. - odpowiedziałam wymijająco. - Co miałoby się stać?
- Mówię do ciebie od dziesięciu minut, a ty nie reagujesz...

   Naprawdę jest aż tak źle?

- Przepraszam - powiedziałam w końcu i uśmiechnęłam się niepewnie.
- Skoczysz do sklepu? - spytała i nie czekając na moją reakcję wepchnęła mi do ręki listę zakupów i banknot dwudziestofuntowy.
- A mam wyjście? - zaśmiałam się. Mama nie odpowiedziała, tylko pokręciła głową.

   Wyszłam z domu i skręciłam w prawo, kierując się w stronę najbliższego supermarketu. Jest dopiero dziewiętnasta, a na dworze i tak już panuje półmrok. Latarnie oświetlają drogę mlecznym światłem, zmieniając zwykle ruchliwą ulicę w malowniczą scenerię żywcem wyjętą z jednego z tych tępych melodramatów, które kocha oglądać moja mama.
   Gdy już powoli zbliżałam się do sklepu, usłyszałam jakiś głos wołający moje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam... pana Malika?

- Cześć [T.I.] - powiedział, podchodząc do mnie.
- Dzień... dobry wieczór - zająknęłam się.
- Mówiłem ci przecież, żebyś zwracała się do mnie po imieniu - uśmiechnął się, przygryzając dolną wargę. Dlaczego on musi być taki cholernie seksowny?
- Przepraszam panie Ma... Zayn - poprawiłam się, patrząc na niego z ukosa. - A teraz wybacz że cię opuszczę, ale muszę iść do sklepu.
- Pójdę z tobą.
- Nie musisz - odpowiedziałam, chyba trochę zbyt oschle. - Jesteś moim nauczycielem, nie chcę żeby o nas mówili - dodaję i odchodzę w stronę sklepu.
- Chcę być kimś więcej! - usłyszałam z oddali jego głos i miałam. szczerą nadzieję, że się przesłyszałam.

***

   Rano obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Śnił mi się Zayn i jego cudowne, przenikliwe, głębokie i bardzo brązowe oczy. Uciekałam przed nim. Krzyczał. Ostrzegał mnie przed czymś, a ja go nie słuchałam i biegłam dalej przed siebie.

- Boże - szepnęłam do swojego odbicia w lustrze. - Dobra [T.I.], ogarnij się, przecież to po prostu twój nauczyciel. Nie ma szans że on coś do ciebie czuje, prawda?
- Prawda - usłyszałam rozbawiony głos mojego taty.

   Stał oparty o framugę drzwi i przyglądał mi się z fascynacją. Na moje policzki natychmiast wstąpił rumieniec. Cholera. Co za kompromitacja.

- Dylan już czeka - oznajmił, wskazując ręką na zegarek.
- Powiedz mu, że się przejdę.
- Ale jest niecałe dziesięć stopni...
- Po prostu mu to powiedz, dobrze? - poprosiłam go jeszcze raz.

   Tato odchrząknął znacząco i głośno wypuścił powietrze z płuc. Czy ta sytuacja naprawdę jest aż tak bardzo zabawna?

- No dobra - odpowiedział w końcu. - Podwieźć cię?

   Uśmiechnęłam się w ramach odpowiedzi, mając nadzieję że prawidłowo odczyta moją aluzję.

- Bądź gotowa za dwadzieścia minut.
- Dzięki tato, kocham cię - powiedziałam i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Poczułam śmieszne pieczenie w kącikach ust.
- Myślałem że kochasz tego swojego pana z plastyki. Jak on ma? Malik? - no tak.. dzień bez dokuczania [T.I.] dniem straconym.

   Pusściłam jego uwagę mimo uszu i poszłam do łazienki, żeby się ubrać.

   Dwadzieścia minut później siedziałam z tatą w samochodzie, a on oczywiście nie raczył mi odpuścić, i przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy. Wyrzucał z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego, a ja próbowałam go zbywać.

- Dlaczego nie chciałaś jechać z Dylanem? - spytał po jakimś czasie.
- Zayn mnie przed nim ostrzegał.
- Zayn? - zdziwił się i uniósł do góry jedną brew, co wyglądało.. dziwnie.
- Pan Malik - poprawiłam się. Dlaczego właściwie ja mu to wszystko mówię?
- Czyli jednak chodzi o niego...
- Nie - zaprzeczyłam szybko. - Chociaż myślę że może mieć rację.
- W jakim sensie?
- Mówiąc że Dylan może zrobić mi krzywdę.
- Kochanie, każdy może zrobić ci krzywdę - odpowiedział filozoficznie. - Tylko że niektórzy będą robić to celowo, inni nieświadomie. I uważam że Dylan należy do tych drugich - puścił mi oczko.

   I ja też tak uważam. Poprawka, uważałam.

- Myślę że ten cały Malik chce ci zamotać w głowie, po to żebyś mu zaufała i się z nim przespała - stwierdził, gdy podjeżdżaliśmy pod szkołę.
- Mam nadzieję że nie robi tego tylko dlatego.
- Uważaj na siebie - powiedział na pożegnanie i odjechał, zostawiając mnie smutną i rozdartą.

   Dobra.
   Weszłam do szkoły i przywitałam się po kolei ze wszystkimi osobami które znam. Na końcu korytarza zobaczyłam Dylana. Dobry Boże, tylko nie to. Czym prędzej uciekłam w drugą stronę, byleby jak najszybciej zniknąć z jego pola widzenia. Co chwilę oglądałam się za siebie, sprawdzając czy Dylan przypadkiem za mną nie idzie, ale nigdzie go nie zauważyłam. Tak samo jak nie zauważyłam Zayna, na którego wpadłam kilka sekund później.

- Boże, tak bardzo pana przepraszam, wszystko w porządku? - wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
- Żyję - powiedział mulat i zaczął powoli rozmasowywać dłonią kark.
- Przepraszam...
- W porządku [T.I.]. Przyniosłem coś dla ciebie - szepnął prosto do mojego ucha, wpychając mi w rękę coś twardego. - Słyszałem że zawsze zapominasz śniadania.
- Dziękuję - wydukałam i spojrzałam na swoje ręce.

   Zayn przyniósł mi mój ulubiony jogurt i dwie małe brzoskwinie. Tylko skąd on wiedział, że akurat to lubię najbardziej?

- Nie musiałeś - odezwałam się w końcu, przerywając niezręczną ciszę między nami.
- Chciałem - odpowiedział i posłał mi jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. - Naprawdę [T.I.], nie ma za co.

   Nie lubię go.
   Nie lubię.
   I wcale mi się nie podoba.
   To tylko mój nauczyciel.

- Zayn... - wyszeptałam, zaskakując tym nie tylko Malika, ale też samą siebie.
- Tak [T.I.]? - odszepnął i delikatnie dotknął palcem wskazującym mojego policzka. Przeszedł mnie dreszcz.
- Powinnam już iść, zaraz spóźnię się na pierwszą lekcję.
- Ale przecież.. - zaczął, ale ja byłam już w połowie drogi do klasy i nie oglądałam się za siebie.

***

   Na plastyce usiadłam możliwie jak najdalej od biurka Zayna. Przez całą lekcję starałam się ignorować jego natarczywe spojrzenia, ale, cholera, nie mogłam! Za każdym razem gdy czułam na sobie jego wzrok, moje policzki oblewał rumieniec i nie mogłam się na niczym skupić.
   Malik rozdał nam farby olejne i rozpuszczalnik, a następnie kazał jakiemuś grubszemu chłopakowi zawiesić na tablicy potężną starożytną budowlę. 

- Dzisiaj nie liczę na waszą kreatywność - rzucił Zayn nonszalanckim tonem. Klasa zachichotała. - Uwaga: trzy, dwa, jeden, malujemy! Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, proszę się zgłaszać, o tak - powiedział, a potem uniósł do góry dłoń. W klasie znowu rozległy się chichoty.

   Niecałe pięć minut później do góry powędrowało około piętnaście rąk, co nasz 'nauczyciel' oczywiście musiał skomentować. Ze stoickim spokojem podchodził to wszystkich po kolei i pokazywał im co powinni poprawić oraz chwalił to, co wychodziło im dobrze. 
   Przez cały ten czas zamiast skupiać się na swojej pracy, zachłannie obserwowałam Zayna i niechcący nawiązałam z nim kontakt wzrokowy. On... oblizał się? A potem podszedł do mnie i stanął obok mnie tak blisko, że stykaliśmy się biodrami. 

- No proszę, co my tu mamy - szepnął mi do ucha i obrzucił wzrokiem sztalugę pokrytą jedynie kilkoma kolorowymi plamami. - Powinnaś zająć się malowaniem, inaczej będę zmuszony wstawić ci jedynkę, nawet jeśli fakt że się na mnie gapisz znacznie bardziej mi się podoba. 

   W reakcji na jego słowa oczywiście oblałam się rumieńcem. 

- Przyjdź do mojego gabinetu po lekcjach - polecił. 
- Nie mogę, mam ważniejsze rzeczy do roboty - warknęłam i wzięłam do ręki pędzel. 
- Jestem twoim nauczycielem, powinnaś mnie słuchać, inaczej spotkamy się na dywaniku u dyrektora - jego gorący oddech omiótł moją szyję. Na mojej skórze momentalnie pojawiła się gęsia skórka. - A teraz maluj [T.I.], dobrze ci idzie - zarechotał i puścił mi oczko. 

   Jak ja mam cokolwiek malować, skoro na niczym nie mogę się skupić?!

A.♥